Zawsze myślałam, że śmierć jest rozwiązaniem wszystkich problemów, że potrafi rozwiązać nawet najmniejszą błahostkę. Że da sobie radę z problemami rodziców, kłótniami z przyjaciółmi, głupią klasówką z matmy czy też nawet przejściowym bólem głowy... Moje zdanie zmieniło się, gdy na własnej skórze przekonałam się, iż owa opcja jest ostatnią rzeczą, o której kiedykolwiek marzyłabym...
Siedząc przy wielkim kuchennym stole i paląc papierosa, zaczęłam rozmyślać nad sensem wszystkiego co mnie otaczało. Byłam ubrana na czarno, a moje włosy związane były w wysokiego kucyka. Pod oczami miałam wielkie wory, które prawdopodobnie były spowodowane płaczem, który ostatnimi czasy był czynnością codzienną. Nie obchodziło mnie w tym momencie nic, co działo się nieopodal mnie. Byłam w swoim świecie. W świecie, w którym moi rodzice wciąż żyli i opiekowali się mną. Przyzwyczaiłam się do tego, iż najważniejsze dla mnie osoby odchodzą z własnej bądź nie - woli... Ale to byli moi rodzice. Myślałam, że będą ze mną na świecie zawsze. Na świecie, na którym przekonałam się wiele razy. Na świecie, który mnie otaczał i ranił za każdym większym oddechem. Oni byli moimi rodzicami i miałam do nich żal za to, że odeszli. Nie powinnam. Nie powinnam być zła. Nie powinnam płakać, bo w końcu znaleźli się w lepszym miejscu. Ale to ich wina. Ich. Gdyby nie pracowali w tym gównie, wszystko byłoby inne. Teraz siedzieliby obok mnie i czule się uśmiechali. Ale nie...Ich nie było. Nie uścisną mojej dłoni po raz kolejny, nie pogratulują dobrej oceny, nie uśmiechną się szeroko, nie pojadą na wycieczkę do wesołego miasteczka, nie pouczą...Po prostu ich nie będzie. Na zawsze. Poczułam czyjąś dłoń na swoim ramieniu. Obróciłam się i ujrzałam Harry'ego, który troskliwym wzrokiem wpatrywał się w moją twarz. Uśmiechnął się smutno i usiadł na krześle obok.
- Jak się trzymasz? - spytał cicho i pogładził moje ramię. Wzruszyłam ramionami i z całych sił próbowałam się nie rozpłakać, lecz po chwili poczułam, jak słone krople spływają po moich zaróżowionych policzkach. Chłopak przygarnął mnie do uścisku i zaczął kołysać, gdy mój szloch stał się potężniejszy i bardziej żałosny.
- Shh...- uspokajał mnie, a ja jakbym wcale go nie słuchała. Z sekundy na sekundę płakałam coraz bardziej i coraz trudniej było mnie uspokoić. Musiałam. Musiałam zedrzeć z siebie wszystkie emocje, które we mnie siedziały i gromadziły się. Dać im upust i spokojnie zasnąć w silnych ramionach bruneta. Myśl, iż koło mnie była osoba, która potrafiła podnieść mnie na duchu i rozświetlić moją twarz uśmiechem, była naprawdę motywująca. I tylko dla niej powstałam...
Dlaczego wciąż próbuję, skoro wiem, że i tak upadnę?
Myślałam, że umiem latać. Więc dlaczego upadłam? Myślałam, że umiem pływać. Więc dlaczego utonęłam?
Celując w niebo, utknęłam na Ziemi...
Nigdy nie dowiem się, dlaczego to wciąż się rozpada...