niedziela, 1 grudnia 2013

1.

Nigdy nie byłam fanatyczką alkoholi. Teraz również specjalnie mi to nie smakowało, ale potrzebowałam tego. Cholernie tego potrzebowałam i mimo parzącego smaku w gardle, piłam kolejne kieliszki bez zastanowienia i z wielkim uśmiechem na twarzy. Impreza, na której się znajdowałam rozkręcała się z sekundy na sekundę. Organizował ją David, więc nie było to nic nowego, iż jest zapotrzebowanie w ludzi, dobrą zabawę i świetną muzykę. Nie wiem, czy procenty zaczynały działać, czy też pokój wirował, ale naprawdę mnie to śmieszyło. Uśmiech na mojej twarzy powiększył się, a oczy same się śmiały, widząc jak moja przyjaciółka Caroline dławi się swoim ostatnim kieliszkiem.
- Dawaj, kochanie. - powiedziałam, śmiejąc się do niej.
- Nigdy więcej...- udała odruch wymiotny, a ja znów zachichotałam.
- Przypomnę ci to, kiedy znów będziesz chciała zabrać mnie na jakąś domówkę...- wyjaśniłam i rzuciłam się w wir tańca. Moje ciało samo się ruszało i w ogóle tego nie kontrolowałam. Skakałam, śmiałam się, tańczyłam i śpiewałam. Czułam się dobrze i wiedziałam, że dzisiejsza noc będzie naprawdę zjawiskowa. Poczułam czyjąś dłoń na swoim ramieniu i odwróciłam się prędko. Przede mną stał przystojny blondyn. Miał brązowe oczy i był dobrze zbudowany.
- Takie piękne dziewczyny, jak ty nie powinny same tańczyć...- powiedział i złapał mnie za rękę. Moje policzki zaczerwieniły się, a ja uśmiechnęłam się pod nosem. Nie zorientowałam się nawet, że z głośników leci wolna piosenka, dopóki dopóty tajemniczy blondyn nie przeniósł moich dłoni na swój kark. Tańczyliśmy w powolnym rytmie. Starałam się utrzymywać równowagę, ale szło mi to kiepsko, ponieważ co jakiś czas deptałam chłopaka. W pewnym momencie nasze twarze zaczęły się do siebie zbliżać. Podobało mi się to, więc przygryzłam wargę...Czułam się jak w jakiejś zasranej komedii romantycznej, oczywiście nie zwracając uwagi na mój aktualny stan. Nasze usta były blisko siebie...Tak cholernie blisko, że naprawdę po jakimś czasie miałam ochotę poczuć je na swoich...
- Co do cholery...- powiedział nagle i oderwał się ode mnie, wywracając się do tyłu. Skrzywiłam się, bo nie wiedziałam, co może być przyczyną jego nagłego upadku. Po chwili wszystko było już jasne. Stał przede mną i uśmiechał się chytrze. Włożył dłonie do kieszeni swoich czarnych, cholernie obcisłych spodni. Jego czerwona koszula była rozpięta tak, że było widać jego wszystkie tatuaże na klatce piersiowej. Mogłam powiedzieć, iż był przystojny, ale w danym momencie nie czułam nic, oprócz przepływającej przez żyły - złości...Muzyka ucichła, a w pomieszczeniu można było słyszeć tylko pojedyncze szepty. Ludzie patrzyli na Harry'ego, jakby był co najmniej jakimś kurewsko drogim obrazem, namalowanym przez najsłynniejszego artystę na świecie. A to był tylko jeden z zasranych kolegów mojego brata, który musiał wypełnić swoją służbę. Tak, przed państwem Harry Styles, chłopiec na posyłki Jamesa Marshalla.
- Idź do samochodu... - stwierdził, a ja zaczęłam głębiej oddychać. Chciałam zacząć się z nim kłócić, jak to zazwyczaj robiłam, lecz wiedziałam, że on był zdolny do wszystkiego. Mógł zrobić tu takie przedstawienie, że później wolałabym siedzieć w domu, niż gdziekolwiek wychodzić. Odwróciłam się na pięcie i ignorując spojrzenia wszystkich zebranych wokół nas, wyszłam z domu mojego znajomego i skierowałam się do samochodu chłopaka. Byłam cholernie zła. Poprawka, byłam wściekła. Wiele razy dochodziło do takich sytuacji, ale tym razem przesadził...Mógł coś zrobić temu chłopakowi.
- Księżniczka się obraziła? - zakpił ze mnie, a ja wywróciłam oczami - Masz szczęście, że oderwałem jego brudne łapy od ciebie...To nie facet dla ciebie, młoda.
Prychnęłam.
- A ty co, gejem jesteś? - zaśmiałam się. Chłopak pokręcił głową z dezaprobatą i otworzył przede mną drzwi wejściowe od strony pasażera.
- Nie jestem gejem. Po prostu znam tego gostka...- wzruszył ramionami - Robił takie rzeczy, że nie masz nawet o nich pojęcia. Wykorzystuje laski...
- Do łóżka mu zaglądasz, że wiesz to? - uniosłam brwi do góry, krzyżując ręce na wysokości klatki piersiowej.
- Kate, przestań pieprzyć bez sensu...- powiedział podniesionym tonem - Właź do tego auta, bo James zabije mnie, jak nie odwiozę cię do domu...
- No tak, zapomniałam...- weszłam do samochodu - James to twój szef, czy jak? Płaci ci? - zakpiłam. Styles spojrzał na mnie złowrogim spojrzeniem i mocno trzasnął drzwiami wejściowymi. Szybkim krokiem obszedł samochód i wszedł do niego od swojej strony. Wyglądał na wściekłego, więc wolałam się już więcej nie odzywać. Odpalił silnik, a ja ułożyłam głowę na szybie i przymknęłam oczy. Przez ciepło w samochodzie zaczęło mnie mdlić. Czułam, że w każdej chwili mogę zwrócić wszystko, co wcześniej zjadłam...Spojrzałam na Harry'ego i odchrząknęłam.
- Masz jakiś problem? - spytał, nie patrząc na mnie.
- Zaraz się zrzygam...- powiedziałam. Harry spojrzał na mnie z szeroko otwartymi oczami i szybko zahamował. Mieliśmy szczęście, że znajdowaliśmy się gdzieś na jakimś pustkowiu, a nie na autostradzie.
- Nie zarzygaj mi tapicerki...- stwierdził, a ja pokiwałam głową, bo nie mogłam nic powiedzieć. Wyszłam z auta i gdy poczułam świeże, chłodne powietrze, ulżyło mi. Przetarłam dłońmi twarz. Byłam cholernie zmęczona, a alkohol wciąż buzował w mojej krwi i nie dawał o sobie zapomnieć. Czułam się źle...
- Już? - spytał Harry, nagle się pojawiając.
- Nie...Nie mogę. - bąknęłam.
- Wsadź sobie dwa palce do gardła i...- powiedział, ale szybko mu przerwałam.
- Wiem. Wiele razy to robiłam, ale po prostu teraz nie mogę. Myślę...Myślę, że możemy jechać - pokiwałam głową - Po prostu muszę mieć otwarte okno.
Chłopak skinął głową i wszedł do samochodu. Po chwili zrobiłam to samo, dokładnie zapinając pas bezpieczeństwa. Mimo tego iż czułam się pijana, wiedziałam, co się w okół dzieje i miałam większą kontrolę, niż na imprezie. Z jednej strony cieszyłam się, że wyszłam od Davida wcześniej. Potrzebowałam końskiej dawki snu. Gdy zaczęłam rozmyślać o spaniu i o swoim miękkim łóżku, powieki same zaczęły mi się zamykać. Nim się zorientowałam, Morfeusz zabrał mnie w swoje ramiona i odłożył na łóżku w mojej sypialni...A może to był Harry?



Musiałam zapaść w naprawdę głęboki i przyjemny sen, skoro wstałam wypoczęta, pomimo cholernie bolącej głowy. Czułam się jak gówno i zapewne tak też wyglądałam. Westchnęłam podirytowana swoją głupotą i leniwym ruchem przekręciłam się na drugi bok. Odgarnęłam wszystkie nieproszone myśli z mojej głowy i wyszłam z łóżka, kierując się do toalety w moim pokoju. Gdy weszłam omal nie krzyknęłam. Do tej pory pamiętam, gdy chciałam, aby lustro wisiało po innej stronie ściany, ale rodzicie nie zgadzali się na taką opcję. Pewnie wiedziałam, że w takim stanie, w jakim znajdowałam się aktualnie, nie będę chciała siebie oglądać. Podeszłam do umywalki i odkręciłam korek z zimną wodą, aby przemyć zmęczoną twarz. Od razu poczułam się świeżo. Złapałam buteleczkę z płynem do demakijażu i nalałam trochę jego zawartości na kosmetyczny wacik. Zaczęłam zmywać wczorajszy makijaż i gdy to zrobiłam, jeszcze raz przemyłam twarz. Prawda była taka, że nigdy nie byłam zwolenniczką tego, aby zmywać makijaż na drugi dzień. Mama zawsze mi mówiła, że nie wolno chodzić spać z tak zwaną "tapetą" na twarzy. Niegdyś nie znałam znaczenia tego pojęcia, ale teraz, gdy widzę niektóre dziewczyny, nie muszę się tym martwić. Gdy spojrzałam po raz któryś w swoje odbicie w lustrze poczułam, jak złość przechodzi przez całe moje ciało. Każda najmniejsza komórka mojego ciała zadrżała i wcale nie czułam się z tym dobrze. Często tak miewałam. Od jakiegoś czasu. Od paru miesięcy. Gównianych miesięcy. Westchnęłam głośno i policzyłam do dziesięciu, aby się uspokoić. "Musisz się zrelaksować" pomyślałam. Gdy moje mięśnie się odprężyły, wyszłam z łazienki i ruszyłam w kierunku kuchni. Poczułam suchość w moim gardle, więc przyśpieszyłam kroku, aby jak najprędzej dorwać butelkę z wodą i opróżnić ją prawie do końca. Jak pomyślałam, tak też zrobiłam. Miałam szczęście, że James nie zabrał jej do siebie do pokoju. Nie chciałabym mieć złego humoru z samego rana. Otworzyłam lodówkę i wyjęłam z niej parę produktów, z których mogłabym zrobić jakiekolwiek śniadanie. Rozłożyłam je wszystkie na blacie kuchennym i zaczęłam szykować kanapki. Pod nosem podśpiewywałam piosenkę, której tytułu nawet nie znałam, ale usłyszawszy ją w radiu po prostu mi się spodobała. Usłyszałam, gdy ktoś schodzi po schodach, a następnie otwiera kuchenne drzwi.
- Siema, młoda. - przywitał się James i odsunął krzesło przy stole, aby na nim usiąść.
- Cześć - powiedziałam bez emocji - Chcesz śniadanie? 
- Nie dzięki...- powiedział zniesmaczony - Gdybym włożył do mordy coś innego oprócz fajki, chyba bym się zrzygał. - mruknął.
Skrzywiłam się na samą myśl o tym i znacząco chrząknęłam.
- Nie musisz mnie o tym informować. 
- Oj, nie czepiaj się. Wiem, że ty też byś zapaliła, huh?
- Nie palę. - skwitowałam ostrym tonem.
Usłyszałam, jak mój brat głośno się zaśmiał. 
- Jasne. A wczoraj tak śmierdziałaś fajami, że omal się puściłem pawia. - stwierdził - Poza tym, już nie raz widziałem Cię jak kopcisz.
- Nie kłam...
Wiedziałam, że kłamie. Dobra, czasem lubiłam sobie zapalić, lecz nigdy nie robiłam tego w domu lub gdzieś, gdzie mogłabym zostać przyłapana. Miałam dopiero szesnaście lat i nie sądziłam, aby palenie w tym wieku było czymś, czym mogłabym się chwalić. Zresztą...Po śmierci rodziców wszystko obróciło się o sto osiemdziesiąt stopni. Nie jestem już tą samą dziewczyną i nie wiem, czy kiedykolwiek jeszcze będę. Potrząsnęłam głową, aby wygonić z niej niemiłe wspomnienia i wróciłam do rozmawiania z bratem.
- Dobra, nie chcę mi się z tobą kłócić, bo widzę, że już od rana masz jakiś zasrany ból dupy...- stwierdził, a ja zaczęłam głośniej oddychać. Co z tym człowiekiem było nie tak?!
- Masz jakiś problem James, czy co? Zachowujesz się, jakby to Ciebie coś ugryzło w cztery litery.
Powiedziałam, a on machnął ręką i odszedł od stołu, wychodząc z pomieszczenia. Dzięki Bogu, bo nie wiem, ile jeszcze wytrzymałabym bez prawdziwej kłótni. Wolałam tego uniknąć, bo wiem, że nie wróżyłoby to nic dobrego na pozostałą część dnia. Gdy skończyłam robić posiłek, usiadłam przy stole i zaczęłam jeść. Sama. Niegdyś było tu zupełnie inaczej. Teraz nawet James nie je śniadań, bo twierdzi, że przestały mu smakować. Często również nie je obiadów czy kolacji. Czasami potrafi nie jeść nic. Wiem, że tak samo jak ja, przeżywa to wszystko. Jest naprawdę dobrym aktorem, ale znam go szesnaście lat i jestem pewna, że to tylko głupia przykrywka, która pomaga mu uporać się z jego prawdziwą słabością. Z dnia na dzień niknie w oczach. Obydwoje reagujemy na tę całą sytuację tak samo. Staramy się zapomnieć i pomagają nam w tym używki, które koją chwilowy ból...Chwilowy, nie całkowity. Moje przemyślenia przerwały otwierane drzwi. Zwróciłam głowę ku temu kierunku i westchnęłam. Harry. Zdziwił mnie uśmiech na jego twarzy. W nocy był cholernie zły, a teraz...Teraz po prostu się uśmiechał. Czy on miał jakieś cholerne zmiany nastrojów, jak dziewczyny przed miesiączką i kobiety w ciąży? 
- Cześć, młoda. - powiedział, a ja teatralnie wywróciłam oczami na określenie "młoda". Przecież do jasnej cholery, byłam tylko rok młodsza...
- Hej - powiedziałam z buzią pełną jedzenia. Chłopak zaśmiał się cicho, stawiając reklamówki na stole. Spojrzałam na niego wyczekującym wzrokiem i przełknęłam kęsy kanapki.
- Co to jest? - spytałam.
- Zakupy. James mnie prosił, bo podobno zawartość waszej lodówki niknie w oczach. 
- Na mnie nie patrz - podniosłam ręce w celu obrony - To był mój pierwszy posiłek od wczoraj. A dokładniej od godziny piętnastej, gdy wyszłam z domu. 
- Mhm - mruknął - Gdzie James?
- Nie wiem. Pewnie na balkonie albo podwórku. Pali albo coś...- stwierdziłam, wzdychając. Wstałam od stołu i zabrałam brudne naczynia, aby wsadzić je do zlewu. Harry wyszedł z kuchni i prawdopodobnie poszedł do mojego brata. Oparłam się o blat kuchenny i spojrzałam w stronę okna. Przypomniała mi się sytuacja, gdy James poznał mnie z jego innymi kolegami. Zayn, Niall, Liam i Louis. Często przychodzili do nas, gdy rodzice jeszcze...Żyli. Pamiętam, że naprawdę ich lubili. Uważali, że to najspokojniejsi koledzy mojego brata. Prawda była taka, że może wydawali się być spokojni na pierwszy rzut oka, ale gdy poznało się ich ciemną stronę, od razu można było zmienić o nich zdanie. Zaśmiałam się na samo wspomnienie tej sytuacji. Wyszłam z kuchni i skierowałam się do swojego pokoju. Położyłam się na łóżku i złapałam w dłonie swój telefon. Wybrałam numer Caroline i czekałam, aż odbierze.
- Cześć piękna - przywitałam się z dziewczyną. Usłyszałam jak ziewa - Obudziłam Cię?
- Nie, no coś Ty. Na nogach jestem już od piątej z rana. To skutki wczorajszej imprezy...- wyjaśniła, a ja uśmiechnęłam się pod nosem. Caroline była cztery lata starsza ode mnie i wcale nie przeszkadzała nam ta różnica. Rozumiała mnie jak nikt nigdy i świetnie się dogadywałyśmy.
- Oh. O której kończysz pracę? - spytałam.
- Coś około siedemnastej.
- Idziesz dziś, prawda?
- Oczywiście. John powiedział, że zrobi wszystko, abyśmy przyszły, więc nie mam zbytnio wyboru...
- To dobrze, bo chciałam, abyś mnie ładnie pomalowała, proszęproszęproszęproszę - powiedziałam na jednym tchu, choć dobrze zdawałam sobie z tego sprawę, że moja przyjaciółka i tak mi ulegnie.
- Ehee...- powiedziała, przeciągając. - Nie podlizuj się. 
- Nie bądź wredną suką...- zażartowałam.
- Oh, nie martw się. W niektórych sytuacjach to ty powinnaś dostać za to order. - stwierdziła, a ja się zaśmiałam.
- Ha ha ha...Odezwała się święta. - usłyszałam jak ktoś mnie woła i wstałam z łóżka - Dobra, kochana muszę kończyć, więc do siedemnastej. 
- Pa! - powiedziała i rozłączyła się. Otworzyłam drzwi od swojego pokoju i weszłam na balkon, gdzie stał James razem z Harrym. Oparłam się o ścianę i skrzyżowałam ręce na wysokości piersi.
- Wołałeś mnie? - spytałam.
- Mhm...- popatrzył na mnie - Słuchaj, młoda. Ty gdzieś dziś wychodzisz?
- No, mam taki plan.
- To dobrze, bo chłopaki dziś przyjdą. - stwierdził, gasząc papierosa. 
- To znaczy? - spytałam.
- Nie musisz wszystkiego wiedzieć. - syknął ostrym tonem, a ja wywróciłam oczami.
- Rozumiem. Nie pytaj mnie, gdzie idę i nie wysyłaj po mnie znowu Harry'ego, bo dam sobie radę sama. - stwierdziłam również ostrym tonem.
- Jasne - zakpił - Niby jak? 
- Pozwól, że zacytuję pewnego debila: "Nie musisz wszystkiego wiedzieć", braciszku. - uśmiechnęłam się chamsko i pewnym krokiem wyszłam z balkonu, aby nie niszczyć sobie dalej humoru. I tak już byłam zła, a słuchanie gderania mojego brata w niczym mi nie pomagało. Weszłam do swojego pokoju i zakluczyłam drzwi. Nie miałam ochoty z kimkolwiek rozmawiać, więc położyłam się na łóżku i przykryłam kołdrą. Patrzyłam się w okno i rozmyślałam o ostatnich dniach. Miesiącach. O ostatnim roku. Kiedyś gdyby ktoś powiedział mi, że sprawy potoczą się w taki, a nie inny sposób, nie uwierzyłabym mu. Znając mnie wyśmiałabym go i odeszła, pokazując środkowy palec. Kiedyś żyłam chwilą, a teraz rozmyślam każdą decyzję. Niektórzy obserwując mnie zachowanie, mogą stwierdzić, że jest zupełnie odwrotnie. Mogę się z nimi w pewnej części zgodzić, lecz i tak do końca nie zmienię swojego zdania. Westchnęłam głośno, gdy usłyszałam, jak ktoś łapie za klamkę. Dobrze, że drzwi były zamknięte. Leniwym ruchem wstałam z łóżka i skierowałam się w stronę drzwi. Otworzyłam je, a przede mną ukazał się Harry. Zmarszczyłam czoło i wpuściłam go do środka.
- A co by było, gdybym się przebierała, a Ty byś tak po prostu sobie wszedł? - syknęłam.
- Pewnie otworzyłbym buzie i patrzyłbym się na twoje cycki - powiedział bez skrupułów, a ja potrząsnęłam głową. Dobrze, że nie doszło do takiej sytuacji...
- Dobra, nieważne...Po co przyszedłeś?
- Podaj mi adres. - wyjaśnił, a ja lekko się skrzywiłam.
- Jaki adres?
- Przecież muszę po Ciebie jakoś przyjechać, tak? - powiedział, a ja go wyśmiałam.
- Nie słyszałeś co powiedziałam do Jamesa? Nie chcę, abyś po mnie przyjeżdżał - wyjaśniłam jeszcze raz.
- Kate, dobrze wiesz, że nie dasz sobie rady...
- Dam sobie doskonale radę. Caroline ma prawko, więc nas odwiezie...
- Aha, ona sobie wypije, ty sobie wypijesz, reszta tego całego waszego towarzystwa sobie wypije i nikt ciebie nie odwiezie...-powiedział zirytowany.
- Rany, co za problem! To zostanę na noc u Johna i tyle. - wykrzyczałam - Powiedziałam, że dam sobie radę, więc zaakceptuj moje zdanie i zanotuj to sobie gdzieś w swojej głowie! - patrzyłam na Harry'ego i głośniej oddychałam. Czy oni wszyscy muszą mi dziś psuć mój humor? Cisza, która między nami zapanowała była krępująca, ale żadne z nas się nie odzywało.
- Dobrze, jak chcesz. Tylko nie dzwoń potem do mnie, pamiętaj. - wysyczał i wyszedł z mojego pokoju. Trzasnęłam drzwiami, które zostawił otwarte i zjechałam plecami po nich. Schowałam głowę miedzy kolanami i zaczęłam głośniej oddychać. Zawsze tak reagowałam, gdy byłam zła i gdy potrzebowałam chwili wyciszenia. Gdy mój oddech się ustatkował, wstałam z ziemi i otrzepałam się. Zdałam sobie sprawę, że jest godzina piętnasta. Naprawdę nie wiedziałam, kiedy to tak szybko minęło. Uśmiech pojawił mi się na twarzy, gdy zorientowałam się, że już niedługo będę wychodzić z domu. Podeszłam do swojej szafy i ją otworzyłam. Kilka pojedynczych ubrań upadło na podłogę, ale zupełnie to zignorowałam i zaczęłam szykować sobie strój na dzisiejszy wieczór. Wybrałam czarne spodnie i bordową bluzkę, która dostawała do pępka. Wybierając sobie ubrania, postanowiłam, że powinnam skończyć się nad sobą użalać. Weszłam do łazienki i ściągnęłam z siebie piżamę, w której chodziłam cały dzień. Weszłam pod prysznic i odkręciłam korek z ciepłą wodą. Moje ciało oblała fala przyjemnych dreszczy. Złapałam gąbkę, którą wcześniej dokładnie namydliłam i zaczęłam myć poszczególne części ciała. Przypomniałam sobie o blondynie, którego widziałam na wczorajszej domówce u Davida. Poczułam, jak w żołądku mi się przewraca, a uśmiech sam wszedł na moją twarz. Dokładnie pamiętam, jak wyglądał. Był przystojny, naprawdę przystojny...Gdy skończyłam brać prysznic, szybko się ubrałam i wyszłam ze swojego pokoju, wcześniej zabierając wszystkie potrzebne mi rzeczy. Gdy zeszłam na dół, ujrzałam, że w salonie siedzi mój brat wraz z jego kolegami. Weszłam tam i uśmiechnęłam się, widząc Zayna, Nialla, Liama i Louisa.
- Oo, Katy! - odezwał się Niall i wesoło mi pomachał.
- Cześć chłopaki. - przywitałam się, uśmiechając się lekko.
- Ładnie wyglądasz. - skomentował mój wygląd Louis, a ja przytaknęłam mu i cicho podziękowałam.
- Gdzie idziesz? - zapytał Liam.
- Do Johna na imprezę. - stwierdziłam.
- O której Harry ma po Ciebie przyjechać? - odezwał się mój brat, a ja poczułam, jak złość ogarnia moje ciało.
- Do cholery, James - powiedziałam głośno - Wyraziłam się chyba jasno, mówiąc, że nie chcę, aby po mnie przyjeżdżał. Dam sobie radę, jasne?
- Kurwa, zapytałem o coś! - krzyknął, a ja zmarszczyłam czoło.
- Stary, uspokój się - powiedział Louis i poklepał go dłonią po plecach - Skoro młoda powiedziała, że da sobie radę, to uszanuj to i daj jej spokój. I tak nie dojdziecie do porozumienia...
Wywróciłam oczami i zakładając buty i biorąc do ręki kurtkę, wyszłam z domu. Specjalnie trzasnęłam drzwiami, aby tym gestem pokazać, że zdanie mojego brata mam naprawdę głęboko w dupie. Nie będzie mi rozkazywać. Dziwne, że nagle zaczął martwić się o swoją młodszą siostrę, skoro wcześniej ciągle wpatrywał się w czubek własnego nosa. Pieprzony egoista. Szłam szybkim krokiem w stronę pracy mojej przyjaciółki i nie powiem, że nie, ale naprawdę nie mogłam się doczekać, aż znajdę się u Johna i znów zapomnę o wszystkich problemach, których z dnia na dzień było coraz więcej...








_________________________________________________
Pierwszy rozdział już za mną. Smuci mnie fakt, iż mało osób tu wchodzi i komentarze w ogóle się nie pojawiają:( Mam nadzieję, że w najbliższym czasie to się zmieni. Dobrej nocy wszystkim. Xx

3 komentarze:

  1. Odpowiedzi
    1. Cieszę się:) Mam nadzieję, że będziesz na niego częściej zaglądać. Xx

      Usuń
  2. Hej! Fajnie piszesz i zdecydowanie powinnaś robić to dalej :) Historia zaczyna się dość intrygująco :) Jestem bardzo ciekawa, jak dalej rozwinie się ta historia :D Dodaje bloga do obserwowanych i życzę dużo weny xx

    OdpowiedzUsuń